sobota, 22 lutego 2014

Rozdział III - Przetarte liny

Czwórka przyjaciół widziała jak Marta odbiega w stronę portu. Wiedzieli, że ona ich nie zawiedzie. Nie mogłaby. Nie mogli jednak zbyt długo podziwiać je biegu, gdyż ludzie paskudnego starucha szarpnęli każdym z osobna i zawlekli ich do jakiegoś rozwalającego się baru. Schody, po których zmuszeni byli wchodzić, mogły w każdej chwili runąć w dół. Na szczęście całej czwórki i ich oprawców, nic takiego nie miało miejsca. Mężczyźni w ciemnych strojach związali im nadgarstki, kostki i przewiązali w pasie wraz z łokciami. Każde posadzili w innym koncie pomieszczenia i wyszli przed drzwi. Tak więc byli na piętrze związani drażniącymi skórę linami i niewiele mogli zdziałać.
- Co teraz? - szepnęła Carola i z trudem wytarła niesforną łzę pod okiem.
- Ty płaczesz? - Anna nie mogła zrozumieć co się działo z ta dziewczyną - Jasne, że Marta pójdzie to załatwić, ale równie oczywiste jest to, że powinniśmy uciec i uniemożliwić Paskudzie szantażowanie naszych ojców. Mort ani się waż - uciszyła chłopaka, gdy ten tylko otworzył usta.
- A jak zamierzasz nas wyciągnąć? - spytała sceptycznie Alicja.
Ta sytuacja nie podobała się rudej wcale. Zresztą komu by się podobała? Miny brygady nie wyglądały za ciekawie. Każdy próbował wysilić swój umysł i wykombinować coś dostatecznie dobrego.
- A noga łóżka? Jest w miarę... ostra? - Carolina wbiła wzrok w drewno legowiska stojącego pod ścianą.
Najbliżej do niego miał Mort, to też pospiesznie sprawdził teorię dziewczyny. Na początek zaczął zahaczać sznur, którym miał związane nadgarstki. Pocierając szybko w górę i w dół, przekonał się, że pomysł nie był najgorszy, ale wymagał czasu.
- Za jakieś pół godziny będę miał wolne ręce - zawyrokował i nie przestał pocierać sznura o kant nogi łóżka.
 Alicja wywróciła oczyma, a Ann westchnęła ciężko. Lepszej perspektywy nie mieli. Natychmiast pozbawiono ich broni, mimo to córce Czarnobrodego coś podpadło.
- Czemu nikt do nas nie zagląda? - spytała podejrzliwie - Nie uwierzę, że Brasco nie spodziewał się tego - skinęła na "pracującego" chłopaka.
Carola wzruszyła ramionami, poddając się bez walki. Natomiast Alicja dłużej rozważała te słowa.
- To jakiś podstęp. On chce byśmy zrobili coś konkretnego, ale co? Co miałaby dać mu nasza ucieczka?
- Uważacie, że to... jest uproszczona ucieczka? - spytał zbulwersowany Mort.
- A nie? Przecież pamiętasz, jak ci... no.... Pieprzeni japońscy piraci porwali Carolę - Anna myślała gorączkowo.
Blondynka siedząca cicho w kącie zadrżała na dźwięk swojego imienia i okropne wspomnienia.
- Spętali ją od stóp do głów i postawili wachty. Paskuda nie wygląda, żeby był od nich gorszy. Zależy mu na naszej ucieczce.
- To do mnie nie przemawia - Alicja zrobiła krzywa minę.
- Sugerujecie, że mam przestać? - oburzył się chłopak, któremu udało się już przetrzeć pół grubości liny.
Anna pokręciła przecząco głową. W pokoju zapadła cisza. Tylko tarcie drewna o sznur ją zakłócało.
- To co robimy? - spytała Caro, w której wzbierała wściekłość - Musimy się przecież wydostać!
- Ale nie chcemy staruchowi nic ułatwiać. Cholera. Szkoda, że tu nie słychać co dzieje się na dole. Mam wrażenie, że ktoś wszedł do środka.
- Nie choleruj. To nie pomoże - stwierdził naburmuszony brunet nie przerywając pracy.
Ann posłała mu tylko miażdżące spojrzenie i nic nie odparła. Postanowiła zrobić coś na co liczyłby przeciętny porywacz.
- Będziemy czekać.
Wszyscy wytrzeszczyli na nią oczy. Ten pomysł nie przemawiał chyba do nikogo. Nie było to przyjemne miejsce na czekanie, aż ktoś poderżnie ci gardło.
- Serio? - chłopak siedzący przy łóżku wykonał gwałtowny ruch, a resztki powrozów na jego dłoniach przerwały się i opadły na ziemię - Akurat skończyłem.
- No to pomóż i nam. Będziemy wolni, ale będziemy czekać - Anna wydawała się oazą spokoju.
- Głupia jesteś? - wtrąciła się Alicja - I w sumie czemu to ty masz decydować?
- Czyli co? Teraz będziemy kłócić się o to kto rządzi? Nie ma problemu, wiesz że kocham kłótnie - wyszczerzyła zęby w nieprzyjemnym uśmiechu.
- Przestańcie!  -Carolina ucięła dyskusje i zaczęła wierzgać.
Ku jej zdumieniu, pęta więżące jej kostki po chwili puściły. To i jej wydało się podejrzane. Ann  zrobiła dumną minę i czekała na jakiś komentarz.
- Pff.... - prychnął rozbawiony chłopak - To się postarali.
Nadgarstki miał wolne, więc po pięciu minutach i lina nieuruchamiająca go w połowie, leżała luzem na podłodze. Następnie i jego kostki zostały uwolnione. Pierwszą, zaraz po nim, która odzyskała swobodę ruchów, była Carola. Z Alicją i Anną poszło już szybko. Usiedli na łóżku i rozmasowali swoje nadgarstki.
- Czyli czekamy? - Alicja wykrzywiła się z niesmakiem.
- A masz lepszy pomysł? - Anna była podirytowana jej nastawieniem.
- Wyleźć przez okno i dowiedzieć się, co się dzieje na dole.
Anna przygryzła wargę. Nie czuła się przekonana. Mort i Carola biernie czekali na decyzję zmiennowłosej i rudej. Nie lubili podejmować decyzji i teraz tylko rozmyślali o tym, co za chwilę się wydarzy.
- Co wy na to? - wyraz twarzy ich "wiedźmy" złagodniał, sama się pogubiła.
- Mnie nie pytaj. Nie wezmę na siebie tej odpowiedzialności. To Marta jest od jej dźwigania - odparła Caro unosząc ręce w geście obrony.
- Tyle, że Marty tu nie ma o ile nie zauważyłaś i musimy zdecydować wspólnie - najechała na nią Alicja.
- Oj przestańcie - jęknął Mort - Czemu nie ma "najlepszego" wyjścia.
- Bo to nie my je zwykle znajdowaliśmy - westchnęła Ann, która zrozumiała, że Carolina ma racje - Potrzebujemy Marty. Cholernie jej potrzebujemy. Na Neptuna, nie zdawałam sobie sprawy jak ona jest nam potrzebna!
- Gówno prawda. Wiedziałaś to od początku. Wszyscy wiedzieliśmy - włączył się brunet - Tyle, że nikt nie powiedział tego głośno - zrobił niezadowoloną minę - Nie bądźmy bachory. Wy też musicie nauczyć się przywództwa jeśli macie przejąć okręty ojców.
- Taaa. Jeśli dożyjemy tego momentu - Anna wstała i wychyliła się przez okno - To beznadziejne. Nawet okno jest otwarte.
- Tyle, ż eon mógł mieć głębokie przemyślenia filozoficzne. Pomyślał, że jak nam pozwoli to zwęszymy spisek i nie uciekniemy - blondynka uśmiechnęła się słabo.
- Ale jakby postawił przy nas kogoś to i tak byśmy nie nawiali, a pewność by miał większą - Ann nie odwróciła na nią wzroku, tylko badała okiennice.
- Może potrzebuje do czegoś ludzi? - zasugerowała naiwnie Carola.
- Czterech na nas by poskąpił? - Alicja włączyła się do rozmowy, chodź nie była pewna po której stronie się opowiedzieć.
--------------------------------------------------------------------------------
Załamuje mnie to, że nadal was tu mało, ale co poradzę. Czekam na opinię i ......jak uważacie? :D Spisek, czy podpucha? Wyjdą, czy nie wyjdą? Co lepiej zrobić? :3 Mam nadzieję, że zaintrygowałam w ten dziwny sposób. Proszę o komentarze i pozdrawiam :*

środa, 12 lutego 2014

Rozdział II - Przedwieczne Fatum

Brasco z dziwnym uśmiechem zaprosił wszystkich do pobliskiego budynku. Większość nie wykazała najmniejszej chęci do spełnienia polecenia starca, ale kapitan Jack zbyt dobrze go znał, by się opierać.
- Nic się nie dowiemy póki nie wejdziemy. Ten stary dureń jest uparty - rzucił do reszty i chwycił mocniej ramię córki.
Brasco pokazał swoje braki w zębach i powtórzył zaproszenie. tym razem nikt nie zwlekał. Reszty bandy Marta nigdzie nie widziała. Prawdopodobnie siedzieli w jednym z opuszczonych pokoi. Napięcie w pomieszczeniu było ogromne. Każdy z osobna miał ochotę wpakować staremu kulkę w łeb, ale wcześniejsza rozmowa i... "plan", stanowczo na to nie pozwalały. Pomieszczenie było opuszczonym hotelem. Przegniłe ściany i wszędobylski zapach alkoholu. Zadowolony Brasco rozsiadł się przy pobliskim stole i zachęcił do tego resztę. Zasiedli posłusznie na krzesłach. Z boku wyglądało to komicznie. Budzący strach na siedmiu morzach piraci, podporządkowujący się staremu capowi.
- To od czego zaczniemy? - ów stary cap wyglądał na rozbawionego całą sytuacją.
- Od oddania nam naszych córek - Czarnobrody nie miał zamiaru się cackać, wbił w starucha srogie spojrzenie.
- Od tego nie da się zacząć. To będzie wręcz końcówka naszej rozmowy  - Brasco odwzajemnił spojrzenie.
Napięcie wzrosło, gdy tych dwoje mężczyzn nie zrywało kontaktu wzrokowego.
- Przestańcie. Gadaj Brasco - przerwał im Sparrow.
Starzec zareagował natychmiast.
- Cóż mam gadać? - spytał przebiegle.
- To co sobie zaplanowałeś. To co knułeś podstępnie latami. Po prostu gadaj.
Brasco zarechotał złowrogo. Nagle przerwał się śmiać i spoważniał.
- Myślę, że wiesz o co chodzi. Wy zresztą też - spojrzał na pozostałych.
Wyglądało na to, że tylko biedna Marta nie wiedziała o co chodzi. Krew w niej buzowała.
- Ja do cholery nie wiem! - wykrzyknęła, a wzrok wszystkich skierował się ku niej.
- Czyli jednak będzie przemowa - zachwycił się staruch.
Nikt tego nie skomentował.
- Od czego by tu zacząć. Ach tak! - wstał od stolika i podszedł do ulokowanych z tyłu schodów - Stanford ty żmijo! Miałeś nie chlać! Przynieś mi tu prędko moją księgę! - Brasco wrócił na miejsce.
Po chwili dało się słyszeć jak rzeczony Stanford potyka się na schodach. Ukazał im się jednak, jakby nic się nie stało. Położył na stoliku ciężką księgę i ogarnął wszystkich wzrokiem. Taki widok może przerazić i najodważniejszego, nie mówiąc już o chuderlawym mężczyźnie bez oka. Stanford zniknął równie szybko co się pojawił.
- Czy wy wszyscy macie coś z oczami? - spytał z odrazą Barbossa.
- Nie zadawaj pytań, na które nie chcesz znać odpowiedzi - zdrowe oko starca błysnęło groźnie.
- No dalej mów - zniecierpliwiła się Marta, te całe podchody szargały jej nerwy.
- Co ja będę gadał. Przeczytasz sobie TO - posunął ciężką księgę w jej stronę.
- Mam czytać? - spojrzała na niego z wyrzutem.
- Nie musisz, ale ja tego streszczać nie będę. Otóż wszystko znosi się do tego. Są to spisane słowa Wielkiej Wiedźmy, Przedwiecznego Fatum. Wszystkie dyrdymały voodo to przy tym nic - spojrzał na Edwarda Techa zaciekawiony jego reakcją na te słowa.
- I co z tego? - brunetka dalej nic nie rozumiała.
- Marta. Przeczytasz to potem to zrozumiesz. Za dużo pytasz - jej ojciec nie wytrzymał.
Dziewczyna przewróciła tylko oczyma.
- Chodzi o to, że jest tu pewnego rodzaju przepowiednia - Braco odchylił się na krześle - A ja znalazłem wszystkie elementy. Brakuje mi tylko ciebie - zatopił wzrok w Marcie.
- Mnie? Do jakiejś przepowiedni?
- Znaczy, ja tak myślę. Tyle, że jest mały problem.
Jack zacisnął pięści. Pozostali kapitanowie wyglądali na niewzruszonych.
- Bo, żebyś to była ty, to nie mogłabyś być.... - Brasco zrobił pauzę, a dziewczyna cała drżała, nie wiedziała nawet czemu - Jego córką - przekręcił głowę i spojrzał na Sparrow'a.
- Dlatego, NIE jest dziewczyną z przepowiedni - podkreślił zdegustowany kapitan.
Brasco wywrócił oczyma i wykonał dziwny ruch rękoma.
- A jednak tu jesteś - powiedział jakby od niechcenia.
- Dla nich - Jack skinął na Hectora i Czarnobrodego.
- Uważaj ,bo uwierzę - prychnął staruch - Ty i robienie coś dla innych.
- Jeśli moglibyśmy... - wciął się Barbossa.
- Oczywiście - przerwał mu starzec - Ja twierdzę, że jest i mam zamiar..... ją zabrać.
Tym razem to kapitan Jack prychnął. Brasco uniósł z odrazą wargę i po raz kolejny wywrócił oczyma.
- Uważaj, bo ją ci oddam - Sparrow posłał mu szydzący uśmiech.
- Może nie będziesz musiał ingerować. Marcia sama zdecyduje - Brasco wbił mrożące spojrzenie w dziewczynę.
- Coś mnie tu nie zadowala - mruknął Teach - Nie wspomniałeś jeszcze o warunkach, pod jakimi oddasz nam nasze córki.
- Bo to skomplikowane - podchwycił Brasco - Ja chcę coś za ich życie, a nie za ich oddanie.
Barbossa i Czarnobrody przybrali kamienne twarze. Tego nikt się nie spodziewał. Jack poruszył się niespokojnie.
- Sparrow - wysyczał Hector w jego stronę - Wiedziałeś, co?
- Myślę, że wiedział - potwierdził staruch - Kiedyś razem studiowaliśmy tą księgę. Pamiętasz?
Wyrazy twarzy całego zgromadzenia nie wyglądały za ciekawie.
- Czemu masz zamiar i je zabrać? I gdzie chcesz je zabrać? - Czarnobrody odpuścił na razie Jack'owi i skupił się na starcu.
- Czemu mam taki zamiar? Więc jednak nic nie wiecie. Moja rada dla was. Przeczytajcie razem z Martą tą cieniutką książeczkę - odparł ironicznie.
-  Ale to byśmy musieli czytać to teraz, a coś czuję, że na to nie przystaniesz.
- Dobrze czujesz Teach. Przejdźmy do warunków, co? Na końcu załatwię sprawę z Martą.
Brasco podał im spis rzeczy, które mieli mu dostarczyć następnego dnia do gospody "Ladacznica".
- Inspirująca nazwa - rzucił Sparrow, gdy Teach i Barbossa opuszczali podupadający hotel.
- Nieprawdaż Jack, stary przyjacielu? - Brasco najwidoczniej lubił chwalić się swoimi dziurami w zębach.

-----------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że tak późno, ale jakoś nie mogłam sensownie przedstawić mojej wizji tego spotkania. Każda, łącznie z tą, wydaje się naciągana. No trudno. Mam nadzieję, że Brasco, paskuda was zaintrygował. Następny rozdział będzie od strony uwięzionej ekipy ;) Nie możemy ich pozostawiać samym sobie. Zachęcam do komentowania i od razu dziękuje :*

środa, 5 lutego 2014

Rozdział I - Jak to się zaczęło...

Kurz nie opadał, a Marta, Mort i Alicja stali ramię w ramię z wyciągniętymi szablami. Kroki się kumulowany, a oni nie wiedzieli co robić. Po chwili wszystko stało się jasne. Chodź nie, nie wszystko. Przed nimi stał stary mężczyzna z jednym całkowicie białym okiem. Wyglądał groźnie, a twarz miał poprzecinaną nie tylko zmarszczkami, ale i bliznami. W buzi miał drewnianą fajkę. Prawą ręka trzymał Carolinę za włosy, a w drugiej ściskał szablę, którą popychał związaną Ann. 

- Cała banda - wymamrotał z satysfakcją, a Carola pisnęła z bólu - Cicho! - wydarł się na nią.
Po bladych policzkach dziewczyny spłynęły kryształowe łzy. Ann stała z zaciętą miną, a plecy miała dziwnie wygięte do przodu, prawdopodobnie dlatego, że unikała bliższego spotkania z ostrzem starucha.
- Marciu czy będziesz tak uprzejma i załatwisz mi widzenie z twoim, Anny i Caroliny ojcem? Starego
Rabbiego nie chcę widzieć - dodał spoglądając na Alicję.
- Zastanowię się - odparła opryskliwie Marta.
Staruch się zaśmiał i pościł włosy Caroli. Dziewczyna padła na ziemię i została przygnieciona nogą tajemniczego mężczyzny.Wolną ręką ten podrapał się po szyi.
- Pamiętam jak kiedyś rozmawiałem z twoim ojcem. Mówił, że jesteś twarda. Jak matka. To była kobieta. Nie powiem. Nie masz się co zastanawiać moja droga - z obłoków pyłu wyłonili się uzbrojeni mężczyźni i dwoma ruchami pojmali Alicję i Morta. Ci szarpali się jeszcze chwilę, lecz prędko ten opór został stłumiony.
- Czemu tak uważasz? - dziewczyna badawczym wzrokiem zlustrowała mężczyzn.
- Przeceniasz się maleńka. Nie ocalisz sama przyjaciół w ten sposób. To nie wszyscy moi ludzie.
- Ann? - spytała brunetka.
- Mówi cholerną prawdę. Jak ojciec się dowie.....
- O mnie się nie martw Aneczko kochana. Ja chce by twój ojciec się dowiedział - mężczyzna wyszczerzył pożółkłe zęby.
- I kto tu się przecenia. Mówiłam o sobie idioto. Zabije mnie. Ojciec mnie zabije - powiedziała pewnie z rozszerzonymi oczyma.
Starzec zaśmiał się i wrócił do rozmowy z panną Sparrow.
- Leć wróbelku - jego białe oko błysnęło groźnie - Chyba, że nie umiesz? To jak, nasza ptaszyna nie potrafi latać? - staruch mocniej pchnął szablę przystawioną do pleców Ann, a tajemniczy mężczyźni swoimi sztyletami wydusili po kropli krwi z szyi Alicji i Morta.
- Na naukę nigdy nie jest za późno - podsumowała Marta i pędem udała się do portu.
- Powiedz, że stary Brasco pozdrawia! - krzyknął śmiejąc się mężczyzna, a dziewczyna przyśpieszyła w biegu.
Wiatr chłostał jej twarz, a kurz dostawał się do oczu. Jak mogli być tacy głupi i nieuważni? Przecież Ann i Carola nie wracały tak długo. Nie tylko ojciec Ann ją zabije. Wszyscy ich ojcowie będą wściekli. Dorastające piratki, a dały się tak haniebnie pojmać. Brunetka zatrzymała się w porcie. Statki czworga kapitanów kołysały się delikatnie na falach. Wbiegła na ukochany okręt ojca i zaczęła krzyczeć.
- Ojcze! Kapitanie! Tato!
Kapitan Jack wyłonił się z pod pokładu. Wbiegł po schodach i o mało się nie zabił.
- Pieprzone schody - wymamrotał - Co się stało Marciu?
Dziewczyna się zakłopotała. Pozwalając pojmać bandę wykazała się brakiem odpowiedzialności.
- Pan Brasco pozdrawia - spojrzała niepewnie w oczy ojca.

Pięć minut później wszyscy czworo kapitanowie, łącznie z kapitanem Rabbim zebrali się przed okrętami. Marta stała nieopodal czekając na ich decyzję. Słyszała tylko urywki rozmowy.
- Cholerny Braco - któryś zaklął głośniej.
- Jak mogli tak się dać? - inny nie dowierzał w to co się stało.
- Co do czarta robimy?
Właśnie. To pytanie nękało i panienkę Sparrow. Sama była tego wielce ciekawa. Zbliżyła się niepewnie o krok.
- Marta - wymamrotał jej ojciec.
- Tato... - odwrócili się wszyscy czworo - Co robimy?
Kapitan Jack westchnął ciężko i przygryzł wargę.
- Ilu mają ludzi? - wtrącił ojciec Caroli spoglądając twardo na brunetkę.
- Nie wiem - wymamrotała.
 Nigdy nie czuła się tak podle. Ojcowie zamienili parę zdań i rozeszli się na swoje okręty. Kapitan Sparrow zgarnął ramieniem córkę i zrobił to samo.
- No nic. Trzeba stawić się na wezwanie pana Brasco. Nie wierz w nic co on powie - dodał spoglądając na córkę nieugiętym wzrokiem - On chciałby, by to była prawda. Jesteś tylko moja. Rozumiesz?
Kiwnęła delikatnie głową, a jej wyobraźnia zaczęła gorączkowo pracować. Więc chodzi o nią i prawdopodobnie o jej matkę. Przypomniała sobie twarz pana Brasco i skrzywiła się na myśl, że ktoś mógłby chociaż zasugerować, że ona jest jego. Ojciec zabrał kilku zaufanych ludzi i obstawił wachty na okręcie.
- To idziemy.
Reszta kapitanów, a w tej chwili raczej ojców, też była gotowa. Ruszyli do miasta. Dziwny kurz nadal tam zalegał, ale teraz młoda brunetka czuła się pewniej. Nie może zbłaźnić się przy tak wielkich ludziach. Po prostu nie może. Przywitał ich dziwny rechot.
- Witajcie przyjaciele - z oparów wyłonił się staruch z wyszczerzonymi żółtymi zębami - Więc przychodzicie po córeczki.
- Nie tylko - wycedził ostro kapitan Jack.
- Nie tylko.... - powtórzył z uśmiechem mężczyzna.