Brasco z dziwnym uśmiechem zaprosił wszystkich do pobliskiego budynku. Większość nie wykazała najmniejszej chęci do spełnienia polecenia starca, ale kapitan Jack zbyt dobrze go znał, by się opierać.
- Nic się nie dowiemy póki nie wejdziemy. Ten stary dureń jest uparty - rzucił do reszty i chwycił mocniej ramię córki.
Brasco pokazał swoje braki w zębach i powtórzył zaproszenie. tym razem nikt nie zwlekał. Reszty bandy Marta nigdzie nie widziała. Prawdopodobnie siedzieli w jednym z opuszczonych pokoi. Napięcie w pomieszczeniu było ogromne. Każdy z osobna miał ochotę wpakować staremu kulkę w łeb, ale wcześniejsza rozmowa i... "plan", stanowczo na to nie pozwalały. Pomieszczenie było opuszczonym hotelem. Przegniłe ściany i wszędobylski zapach alkoholu. Zadowolony Brasco rozsiadł się przy pobliskim stole i zachęcił do tego resztę. Zasiedli posłusznie na krzesłach. Z boku wyglądało to komicznie. Budzący strach na siedmiu morzach piraci, podporządkowujący się staremu capowi.
- To od czego zaczniemy? - ów stary cap wyglądał na rozbawionego całą sytuacją.
- Od oddania nam naszych córek - Czarnobrody nie miał zamiaru się cackać, wbił w starucha srogie spojrzenie.
- Od tego nie da się zacząć. To będzie wręcz końcówka naszej rozmowy - Brasco odwzajemnił spojrzenie.
Napięcie wzrosło, gdy tych dwoje mężczyzn nie zrywało kontaktu wzrokowego.
- Przestańcie. Gadaj Brasco - przerwał im Sparrow.
Starzec zareagował natychmiast.
- Cóż mam gadać? - spytał przebiegle.
- To co sobie zaplanowałeś. To co knułeś podstępnie latami. Po prostu gadaj.
Brasco zarechotał złowrogo. Nagle przerwał się śmiać i spoważniał.
- Myślę, że wiesz o co chodzi. Wy zresztą też - spojrzał na pozostałych.
Wyglądało na to, że tylko biedna Marta nie wiedziała o co chodzi. Krew w niej buzowała.
- Ja do cholery nie wiem! - wykrzyknęła, a wzrok wszystkich skierował się ku niej.
- Czyli jednak będzie przemowa - zachwycił się staruch.
Nikt tego nie skomentował.
- Od czego by tu zacząć. Ach tak! - wstał od stolika i podszedł do ulokowanych z tyłu schodów - Stanford ty żmijo! Miałeś nie chlać! Przynieś mi tu prędko moją księgę! - Brasco wrócił na miejsce.
Po chwili dało się słyszeć jak rzeczony Stanford potyka się na schodach. Ukazał im się jednak, jakby nic się nie stało. Położył na stoliku ciężką księgę i ogarnął wszystkich wzrokiem. Taki widok może przerazić i najodważniejszego, nie mówiąc już o chuderlawym mężczyźnie bez oka. Stanford zniknął równie szybko co się pojawił.
- Czy wy wszyscy macie coś z oczami? - spytał z odrazą Barbossa.
- Nie zadawaj pytań, na które nie chcesz znać odpowiedzi - zdrowe oko starca błysnęło groźnie.
- No dalej mów - zniecierpliwiła się Marta, te całe podchody szargały jej nerwy.
- Co ja będę gadał. Przeczytasz sobie TO - posunął ciężką księgę w jej stronę.
- Mam czytać? - spojrzała na niego z wyrzutem.
- Nie musisz, ale ja tego streszczać nie będę. Otóż wszystko znosi się do tego. Są to spisane słowa Wielkiej Wiedźmy, Przedwiecznego Fatum. Wszystkie dyrdymały voodo to przy tym nic - spojrzał na Edwarda Techa zaciekawiony jego reakcją na te słowa.
- I co z tego? - brunetka dalej nic nie rozumiała.
- Marta. Przeczytasz to potem to zrozumiesz. Za dużo pytasz - jej ojciec nie wytrzymał.
Dziewczyna przewróciła tylko oczyma.
- Chodzi o to, że jest tu pewnego rodzaju przepowiednia - Braco odchylił się na krześle - A ja znalazłem wszystkie elementy. Brakuje mi tylko ciebie - zatopił wzrok w Marcie.
- Mnie? Do jakiejś przepowiedni?
- Znaczy, ja tak myślę. Tyle, że jest mały problem.
Jack zacisnął pięści. Pozostali kapitanowie wyglądali na niewzruszonych.
- Bo, żebyś to była ty, to nie mogłabyś być.... - Brasco zrobił pauzę, a dziewczyna cała drżała, nie wiedziała nawet czemu - Jego córką - przekręcił głowę i spojrzał na Sparrow'a.
- Dlatego, NIE jest dziewczyną z przepowiedni - podkreślił zdegustowany kapitan.
Brasco wywrócił oczyma i wykonał dziwny ruch rękoma.
- A jednak tu jesteś - powiedział jakby od niechcenia.
- Dla nich - Jack skinął na Hectora i Czarnobrodego.
- Uważaj ,bo uwierzę - prychnął staruch - Ty i robienie coś dla innych.
- Jeśli moglibyśmy... - wciął się Barbossa.
- Oczywiście - przerwał mu starzec - Ja twierdzę, że jest i mam zamiar..... ją zabrać.
Tym razem to kapitan Jack prychnął. Brasco uniósł z odrazą wargę i po raz kolejny wywrócił oczyma.
- Uważaj, bo ją ci oddam - Sparrow posłał mu szydzący uśmiech.
- Może nie będziesz musiał ingerować. Marcia sama zdecyduje - Brasco wbił mrożące spojrzenie w dziewczynę.
- Coś mnie tu nie zadowala - mruknął Teach - Nie wspomniałeś jeszcze o warunkach, pod jakimi oddasz nam nasze córki.
- Bo to skomplikowane - podchwycił Brasco - Ja chcę coś za ich życie, a nie za ich oddanie.
Barbossa i Czarnobrody przybrali kamienne twarze. Tego nikt się nie spodziewał. Jack poruszył się niespokojnie.
- Sparrow - wysyczał Hector w jego stronę - Wiedziałeś, co?
- Myślę, że wiedział - potwierdził staruch - Kiedyś razem studiowaliśmy tą księgę. Pamiętasz?
Wyrazy twarzy całego zgromadzenia nie wyglądały za ciekawie.
- Czemu masz zamiar i je zabrać? I gdzie chcesz je zabrać? - Czarnobrody odpuścił na razie Jack'owi i skupił się na starcu.
- Czemu mam taki zamiar? Więc jednak nic nie wiecie. Moja rada dla was. Przeczytajcie razem z Martą tą cieniutką książeczkę - odparł ironicznie.
- Ale to byśmy musieli czytać to teraz, a coś czuję, że na to nie przystaniesz.
- Dobrze czujesz Teach. Przejdźmy do warunków, co? Na końcu załatwię sprawę z Martą.
Brasco podał im spis rzeczy, które mieli mu dostarczyć następnego dnia do gospody "Ladacznica".
- Inspirująca nazwa - rzucił Sparrow, gdy Teach i Barbossa opuszczali podupadający hotel.
- Nieprawdaż Jack, stary przyjacielu? - Brasco najwidoczniej lubił chwalić się swoimi dziurami w zębach.
- Nic się nie dowiemy póki nie wejdziemy. Ten stary dureń jest uparty - rzucił do reszty i chwycił mocniej ramię córki.
Brasco pokazał swoje braki w zębach i powtórzył zaproszenie. tym razem nikt nie zwlekał. Reszty bandy Marta nigdzie nie widziała. Prawdopodobnie siedzieli w jednym z opuszczonych pokoi. Napięcie w pomieszczeniu było ogromne. Każdy z osobna miał ochotę wpakować staremu kulkę w łeb, ale wcześniejsza rozmowa i... "plan", stanowczo na to nie pozwalały. Pomieszczenie było opuszczonym hotelem. Przegniłe ściany i wszędobylski zapach alkoholu. Zadowolony Brasco rozsiadł się przy pobliskim stole i zachęcił do tego resztę. Zasiedli posłusznie na krzesłach. Z boku wyglądało to komicznie. Budzący strach na siedmiu morzach piraci, podporządkowujący się staremu capowi.
- To od czego zaczniemy? - ów stary cap wyglądał na rozbawionego całą sytuacją.
- Od oddania nam naszych córek - Czarnobrody nie miał zamiaru się cackać, wbił w starucha srogie spojrzenie.
- Od tego nie da się zacząć. To będzie wręcz końcówka naszej rozmowy - Brasco odwzajemnił spojrzenie.
Napięcie wzrosło, gdy tych dwoje mężczyzn nie zrywało kontaktu wzrokowego.
- Przestańcie. Gadaj Brasco - przerwał im Sparrow.
Starzec zareagował natychmiast.
- Cóż mam gadać? - spytał przebiegle.
- To co sobie zaplanowałeś. To co knułeś podstępnie latami. Po prostu gadaj.
Brasco zarechotał złowrogo. Nagle przerwał się śmiać i spoważniał.
- Myślę, że wiesz o co chodzi. Wy zresztą też - spojrzał na pozostałych.
Wyglądało na to, że tylko biedna Marta nie wiedziała o co chodzi. Krew w niej buzowała.
- Ja do cholery nie wiem! - wykrzyknęła, a wzrok wszystkich skierował się ku niej.
- Czyli jednak będzie przemowa - zachwycił się staruch.
Nikt tego nie skomentował.
- Od czego by tu zacząć. Ach tak! - wstał od stolika i podszedł do ulokowanych z tyłu schodów - Stanford ty żmijo! Miałeś nie chlać! Przynieś mi tu prędko moją księgę! - Brasco wrócił na miejsce.
Po chwili dało się słyszeć jak rzeczony Stanford potyka się na schodach. Ukazał im się jednak, jakby nic się nie stało. Położył na stoliku ciężką księgę i ogarnął wszystkich wzrokiem. Taki widok może przerazić i najodważniejszego, nie mówiąc już o chuderlawym mężczyźnie bez oka. Stanford zniknął równie szybko co się pojawił.
- Czy wy wszyscy macie coś z oczami? - spytał z odrazą Barbossa.
- Nie zadawaj pytań, na które nie chcesz znać odpowiedzi - zdrowe oko starca błysnęło groźnie.
- No dalej mów - zniecierpliwiła się Marta, te całe podchody szargały jej nerwy.
- Co ja będę gadał. Przeczytasz sobie TO - posunął ciężką księgę w jej stronę.
- Mam czytać? - spojrzała na niego z wyrzutem.
- Nie musisz, ale ja tego streszczać nie będę. Otóż wszystko znosi się do tego. Są to spisane słowa Wielkiej Wiedźmy, Przedwiecznego Fatum. Wszystkie dyrdymały voodo to przy tym nic - spojrzał na Edwarda Techa zaciekawiony jego reakcją na te słowa.
- I co z tego? - brunetka dalej nic nie rozumiała.
- Marta. Przeczytasz to potem to zrozumiesz. Za dużo pytasz - jej ojciec nie wytrzymał.
Dziewczyna przewróciła tylko oczyma.
- Chodzi o to, że jest tu pewnego rodzaju przepowiednia - Braco odchylił się na krześle - A ja znalazłem wszystkie elementy. Brakuje mi tylko ciebie - zatopił wzrok w Marcie.
- Mnie? Do jakiejś przepowiedni?
- Znaczy, ja tak myślę. Tyle, że jest mały problem.
Jack zacisnął pięści. Pozostali kapitanowie wyglądali na niewzruszonych.
- Bo, żebyś to była ty, to nie mogłabyś być.... - Brasco zrobił pauzę, a dziewczyna cała drżała, nie wiedziała nawet czemu - Jego córką - przekręcił głowę i spojrzał na Sparrow'a.
- Dlatego, NIE jest dziewczyną z przepowiedni - podkreślił zdegustowany kapitan.
Brasco wywrócił oczyma i wykonał dziwny ruch rękoma.
- A jednak tu jesteś - powiedział jakby od niechcenia.
- Dla nich - Jack skinął na Hectora i Czarnobrodego.
- Uważaj ,bo uwierzę - prychnął staruch - Ty i robienie coś dla innych.
- Jeśli moglibyśmy... - wciął się Barbossa.
- Oczywiście - przerwał mu starzec - Ja twierdzę, że jest i mam zamiar..... ją zabrać.
Tym razem to kapitan Jack prychnął. Brasco uniósł z odrazą wargę i po raz kolejny wywrócił oczyma.
- Uważaj, bo ją ci oddam - Sparrow posłał mu szydzący uśmiech.
- Może nie będziesz musiał ingerować. Marcia sama zdecyduje - Brasco wbił mrożące spojrzenie w dziewczynę.
- Coś mnie tu nie zadowala - mruknął Teach - Nie wspomniałeś jeszcze o warunkach, pod jakimi oddasz nam nasze córki.
- Bo to skomplikowane - podchwycił Brasco - Ja chcę coś za ich życie, a nie za ich oddanie.
Barbossa i Czarnobrody przybrali kamienne twarze. Tego nikt się nie spodziewał. Jack poruszył się niespokojnie.
- Sparrow - wysyczał Hector w jego stronę - Wiedziałeś, co?
- Myślę, że wiedział - potwierdził staruch - Kiedyś razem studiowaliśmy tą księgę. Pamiętasz?
Wyrazy twarzy całego zgromadzenia nie wyglądały za ciekawie.
- Czemu masz zamiar i je zabrać? I gdzie chcesz je zabrać? - Czarnobrody odpuścił na razie Jack'owi i skupił się na starcu.
- Czemu mam taki zamiar? Więc jednak nic nie wiecie. Moja rada dla was. Przeczytajcie razem z Martą tą cieniutką książeczkę - odparł ironicznie.
- Ale to byśmy musieli czytać to teraz, a coś czuję, że na to nie przystaniesz.
- Dobrze czujesz Teach. Przejdźmy do warunków, co? Na końcu załatwię sprawę z Martą.
Brasco podał im spis rzeczy, które mieli mu dostarczyć następnego dnia do gospody "Ladacznica".
- Inspirująca nazwa - rzucił Sparrow, gdy Teach i Barbossa opuszczali podupadający hotel.
- Nieprawdaż Jack, stary przyjacielu? - Brasco najwidoczniej lubił chwalić się swoimi dziurami w zębach.
-----------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że tak późno, ale jakoś nie mogłam sensownie przedstawić mojej wizji tego spotkania. Każda, łącznie z tą, wydaje się naciągana. No trudno. Mam nadzieję, że Brasco, paskuda was zaintrygował. Następny rozdział będzie od strony uwięzionej ekipy ;) Nie możemy ich pozostawiać samym sobie. Zachęcam do komentowania i od razu dziękuje :*
"Szydzący uśmiech" i od razu go ujrzałam u Depp'a:)
OdpowiedzUsuńps. u mnie kolejny post
A więc... Brasco z każdym kolejnym czynem i wypowiedzianym słowem udowadnia, że jest po prostu mendą, ale takie też muszą być w opowiadaniu, bo inaczej byłoby nudno. Jack jaki by nie był, moje zdanie na jego temat jest już wyrobione ^^)
OdpowiedzUsuńRozdział spoko, ale czekam na rozwinięcie akcji. Wtedy może bardziej się rozpiszę. Z resztą, jakoś nie mam dzisiaj weny.
Ale byłam, czytałam i zostawiam po sobie ślad.
PS Serdeczne dzięki za komentarze na moim blogu. Nawet za spamy (lepsze to niż nic) :D
Pozdrawiam,
S.C.