środa, 5 lutego 2014

Rozdział I - Jak to się zaczęło...

Kurz nie opadał, a Marta, Mort i Alicja stali ramię w ramię z wyciągniętymi szablami. Kroki się kumulowany, a oni nie wiedzieli co robić. Po chwili wszystko stało się jasne. Chodź nie, nie wszystko. Przed nimi stał stary mężczyzna z jednym całkowicie białym okiem. Wyglądał groźnie, a twarz miał poprzecinaną nie tylko zmarszczkami, ale i bliznami. W buzi miał drewnianą fajkę. Prawą ręka trzymał Carolinę za włosy, a w drugiej ściskał szablę, którą popychał związaną Ann. 

- Cała banda - wymamrotał z satysfakcją, a Carola pisnęła z bólu - Cicho! - wydarł się na nią.
Po bladych policzkach dziewczyny spłynęły kryształowe łzy. Ann stała z zaciętą miną, a plecy miała dziwnie wygięte do przodu, prawdopodobnie dlatego, że unikała bliższego spotkania z ostrzem starucha.
- Marciu czy będziesz tak uprzejma i załatwisz mi widzenie z twoim, Anny i Caroliny ojcem? Starego
Rabbiego nie chcę widzieć - dodał spoglądając na Alicję.
- Zastanowię się - odparła opryskliwie Marta.
Staruch się zaśmiał i pościł włosy Caroli. Dziewczyna padła na ziemię i została przygnieciona nogą tajemniczego mężczyzny.Wolną ręką ten podrapał się po szyi.
- Pamiętam jak kiedyś rozmawiałem z twoim ojcem. Mówił, że jesteś twarda. Jak matka. To była kobieta. Nie powiem. Nie masz się co zastanawiać moja droga - z obłoków pyłu wyłonili się uzbrojeni mężczyźni i dwoma ruchami pojmali Alicję i Morta. Ci szarpali się jeszcze chwilę, lecz prędko ten opór został stłumiony.
- Czemu tak uważasz? - dziewczyna badawczym wzrokiem zlustrowała mężczyzn.
- Przeceniasz się maleńka. Nie ocalisz sama przyjaciół w ten sposób. To nie wszyscy moi ludzie.
- Ann? - spytała brunetka.
- Mówi cholerną prawdę. Jak ojciec się dowie.....
- O mnie się nie martw Aneczko kochana. Ja chce by twój ojciec się dowiedział - mężczyzna wyszczerzył pożółkłe zęby.
- I kto tu się przecenia. Mówiłam o sobie idioto. Zabije mnie. Ojciec mnie zabije - powiedziała pewnie z rozszerzonymi oczyma.
Starzec zaśmiał się i wrócił do rozmowy z panną Sparrow.
- Leć wróbelku - jego białe oko błysnęło groźnie - Chyba, że nie umiesz? To jak, nasza ptaszyna nie potrafi latać? - staruch mocniej pchnął szablę przystawioną do pleców Ann, a tajemniczy mężczyźni swoimi sztyletami wydusili po kropli krwi z szyi Alicji i Morta.
- Na naukę nigdy nie jest za późno - podsumowała Marta i pędem udała się do portu.
- Powiedz, że stary Brasco pozdrawia! - krzyknął śmiejąc się mężczyzna, a dziewczyna przyśpieszyła w biegu.
Wiatr chłostał jej twarz, a kurz dostawał się do oczu. Jak mogli być tacy głupi i nieuważni? Przecież Ann i Carola nie wracały tak długo. Nie tylko ojciec Ann ją zabije. Wszyscy ich ojcowie będą wściekli. Dorastające piratki, a dały się tak haniebnie pojmać. Brunetka zatrzymała się w porcie. Statki czworga kapitanów kołysały się delikatnie na falach. Wbiegła na ukochany okręt ojca i zaczęła krzyczeć.
- Ojcze! Kapitanie! Tato!
Kapitan Jack wyłonił się z pod pokładu. Wbiegł po schodach i o mało się nie zabił.
- Pieprzone schody - wymamrotał - Co się stało Marciu?
Dziewczyna się zakłopotała. Pozwalając pojmać bandę wykazała się brakiem odpowiedzialności.
- Pan Brasco pozdrawia - spojrzała niepewnie w oczy ojca.

Pięć minut później wszyscy czworo kapitanowie, łącznie z kapitanem Rabbim zebrali się przed okrętami. Marta stała nieopodal czekając na ich decyzję. Słyszała tylko urywki rozmowy.
- Cholerny Braco - któryś zaklął głośniej.
- Jak mogli tak się dać? - inny nie dowierzał w to co się stało.
- Co do czarta robimy?
Właśnie. To pytanie nękało i panienkę Sparrow. Sama była tego wielce ciekawa. Zbliżyła się niepewnie o krok.
- Marta - wymamrotał jej ojciec.
- Tato... - odwrócili się wszyscy czworo - Co robimy?
Kapitan Jack westchnął ciężko i przygryzł wargę.
- Ilu mają ludzi? - wtrącił ojciec Caroli spoglądając twardo na brunetkę.
- Nie wiem - wymamrotała.
 Nigdy nie czuła się tak podle. Ojcowie zamienili parę zdań i rozeszli się na swoje okręty. Kapitan Sparrow zgarnął ramieniem córkę i zrobił to samo.
- No nic. Trzeba stawić się na wezwanie pana Brasco. Nie wierz w nic co on powie - dodał spoglądając na córkę nieugiętym wzrokiem - On chciałby, by to była prawda. Jesteś tylko moja. Rozumiesz?
Kiwnęła delikatnie głową, a jej wyobraźnia zaczęła gorączkowo pracować. Więc chodzi o nią i prawdopodobnie o jej matkę. Przypomniała sobie twarz pana Brasco i skrzywiła się na myśl, że ktoś mógłby chociaż zasugerować, że ona jest jego. Ojciec zabrał kilku zaufanych ludzi i obstawił wachty na okręcie.
- To idziemy.
Reszta kapitanów, a w tej chwili raczej ojców, też była gotowa. Ruszyli do miasta. Dziwny kurz nadal tam zalegał, ale teraz młoda brunetka czuła się pewniej. Nie może zbłaźnić się przy tak wielkich ludziach. Po prostu nie może. Przywitał ich dziwny rechot.
- Witajcie przyjaciele - z oparów wyłonił się staruch z wyszczerzonymi żółtymi zębami - Więc przychodzicie po córeczki.
- Nie tylko - wycedził ostro kapitan Jack.
- Nie tylko.... - powtórzył z uśmiechem mężczyzna.

3 komentarze:

  1. Ależ ten Brasco ma paskudną gębę... :) Ciekawe co kombinuje. Przyznam, że słowa Jacka 'Nie wierz w nic, co on powie. (...) Jesteś tylko moja' podziałały na moją wyobraźnię. Węszę spisek. ;)
    Jakkolwiek by nie było, czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Choć w narracji przyczepiłabym się wielu szczegółów i szczególików, muszę powiedzieć, że całkiem sprawnie wychodzą Co dialogi :). I mimo wszystko dość płynnie się to czyta. Dam spokój drobiazgom, ale przyczepię się jednej rzeczy. Szabla i miecz to nie to samo. Najpierw Brasco-paskuda trzyma szablę i dźga nią jedna z bohaterek potem ona nagle unika jego miecza. Tak nie może być. Uściślij co mu wcisnęłaś w łapsko, albo szabla, albo miecz. Osobiście stawiałabym na szablę, albo rapier bo to broń lżejsza od miecza i na pewno poręczniejsza na statku. A i na statku się rozstawia wachty, nie straże. Poz tym jest ok :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak dobrze, że mi to wytknęłaś! Bosz... raz szabla, raz miecz, ja chyba głupia jestem xD

    OdpowiedzUsuń